Gdy cała Polska debatuje nad cyfryzacją, zieloną energią i nowoczesną urbanistyką, Lublin po raz kolejny udowadnia, że idzie własną, nikomu nieznaną ścieżką. Skala zniszczenia lubelskich arterii, osiedlowych uliczek i reprezentacyjnych alei osiągnęła poziom tak monumentalny, że zwykły zarząd dróg już nie wystarcza. Czas nazwać rzeczy po imieniu: na mapie instytucjonalnej miasta faktycznie narodziło się nieoficjalne „Ministerstwo Dziur i Wiecznego Łatania”. Instytucja ta posiada jednak jedną, unikalną cechę – jej budżet, procedury przetargowe oraz koszty pojedynczej łaty są ściślej strzeżoną tajemnicą niż plany Pentagonu.

Wjeżdżając do Lublina, kierowcy z Dolnego Śląska, Mazur czy nawet sąsiednich województw natychmiast przechodzą przyspieszony kurs fizyki i mechaniki pojazdowej. „Dziura dziurę pogania”, a jazda przypomina slalom gigant, w którym stawką jest przetrwanie zawieszenia, felg i opon. Dla przeciętnego kierowcy to powód do frustracji i przekleństw. Dla lubelskich urzędników? Najwyraźniej doskonały, permanentny stan samonapędzającego się biznesu.

Informacja publiczna? Zapomnij, tu rządzi ZDiTM

W każdym cywilizowanym samorządzie mieszkańcy mają prawo wiedzieć, ile kosztuje utrzymanie infrastruktury, z jakich materiałów korzystają drogowcy i kto wygrywa intratne przetargi na łatanie miejskich traktów. To fundament jawności życia publicznego, gwarantowany przez Art. 61 Konstytucji RP oraz Ustawę o dostępie do informacji publicznej.

Jednak w lubelskim Zarządzie Dróg i Transportu Miejskiego (ZDiTM) te przepisy zdają się działać w wersji mocno okrojonej. Kiedy padają konkretne pytania o koszty łatania, o to, jakie firmy rok w rok dostają miliony z miejskiej kasy na te same odcinki dróg, w słuchawkach zapada głęboka cisza. Urzędnicy zasłaniają się procedurami, terminami, a najchętniej – całkowitym milczeniem.

Zamiast jasnych, transparentnych tabel z kosztami, mieszkańcy dostają urzędniczą spychologię. Czy koszty asfaltowania pojedynczej wyrwy w jezdni osiągają w Lublinie ceny złota? Czy jakość stosowanej mieszanki jest tak niska, że kolejna naprawa musi nastąpić po pierwszych roztopach, by zapewnić ciągłość zleceń? Na te pytania ZDiTM nie odpowiada. A brak transparentności to najlepsza pożywka dla domysłów.

Wieczne łatanie jako perpetuum mobile

Sztuka drogowego rzemiosła w Lublinie osiągnęła status unikalnego perpetuum mobile. Dziura jest zgłaszana, ekipa przyjeżdża, wrzuca w nią masę bitumiczną (często w trakcie deszczu lub mrozu, co kierowcy regularnie uwieczniają na nagraniach), przyklepuje łopatą i gotowe. Po kilku tygodniach w tym samym miejscu powstaje nowa, jeszcze większa wyrwa. I proces rusza od nowa. Nowe zgłoszenie, nowy przetarg, kolejne publiczne pieniądze płynące szerokim strumieniem z kieszeni podatników.

To genialna strategia ekonomiczna „Ministerstwa Dziur”. Gdyby drogi wyremontowano raz, a dobrze, urzędnicy straciliby zajęcie, a zaprzyjaźnione firmy – stałe źródło dochodu. Dzięki strategii „wiecznego łatania” praca wre przez 365 dni w roku.

Drogi jak szwajcarski ser, budżet jak czarna dziura

Ignorowanie pytań dziennikarzy i mieszkańców to jawna kpina z demokracji lokalnej. Skoro ZDiTM nie chce pokazać faktur i umów, mamy pełne prawo przypuszczać, że system jest nieefektywny, a pieniądze lublinian są bezpowrotnie marnowane w błocie i dziurawym asfalcie.

Jako redakcja TuLublin.pl nie zamierzamy odpuścić tego tematu. Publicznie żądamy od władz Lublina oraz dyrekcji ZDiTM:

  1. Pełnego rejestru umów i faktur dotyczących bieżącego utrzymania i łatania dróg w latach 2024–2026.
  2. Ujawnienia list podmiotów, które wygrały przetargi na te prace, wraz z podaniem kryteriów wyboru i okresów gwarancyjnych na wykonane „łaty”.

Mieszkańcy Lublina nie płacą jednych z najwyższych podatków lokalnych po to, by niszczyć swoje auta na publicznych drogach i odbijać się od ściany urzędniczej tajemnicy. Czas zasypać nie tylko dziury w jezdniach, ale przede wszystkim – czarną dziurę informacyjną w lubelskim ZDiTM.

Oprac@Sylwester