W Polsce mamy dziś sytuację, która dla wielu ludzi jest szokująca i po prostu nieakceptowalna: lekarze zatrudnieni w państwowych placówkach potrafią wyciągać 50 000 zł, 80 000 zł, a nawet ponad 200 000 zł miesięcznie. Wszystko to w instytucjach finansowanych z podatków zwykłych obywateli, którzy często harują cały rok, by osiągnąć kwotę, jaką niektórzy lekarze zgarniają w zaledwie cztery tygodnie.
To nie jest „ciężka praca”.
To nie jest „ratowanie systemu”.
To jest etatyzowana patologia, która niszczy zaufanie do publicznej ochrony zdrowia.
Państwowy sprzęt, państwowa pensja, prywatny zysk
Najbardziej oburzające są sytuacje, w których lekarz:
pracuje w państwowym szpitalu,
po pracy idzie do drugiego szpitala,
potem przyjmuje prywatnie,
a do tego korzysta z publicznego sprzętu do prywatnych badań.
To nie jest już „dorabianie”.
To jest wyciąganie jak największej kasy z systemu, który i tak jest na granicy zapaści.
Państwowy sprzęt ma służyć wszystkim obywatelom, a nie być maszynką do prywatnego biznesu dla wybranych.
Przeciętny Polak? Rok pracy za ich pensję z jednego miesiąca
Dla ogromnej części społeczeństwa:
3500–5000 zł miesięcznie to norma,
7000 zł to już dobra pensja,
10 000 zł to marzenie.
Tymczasem lekarze — szczególnie ci na popularnych specjalizacjach — potrafią wyciągnąć 10 razy więcej, i to pracując w państwowych placówkach.
Czy to jest normalne?
Czy to jest uczciwe wobec pacjentów i podatników?
Czy to jest moralne?
Odpowiedź zna każdy, kto stoi miesiącami w kolejce do specjalisty.
Gdzie tu etyka?
Jak można mówić o kodeksie etyki lekarskiej, skoro:
lekarz bierze gigantyczne pieniądze w szpitalu publicznym,
a jednocześnie „zaprasza” pacjentów do prywatnego gabinetu,
gdzie za tę samą wizytę trzeba zapłacić dodatkowo.
To jest konflikt interesów w czystej postaci.
Jeśli lekarz zarabia krocie na prywatnych wizytach, to kolejki w państwowej służbie zdrowia nigdy nie znikną — bo przecież z nich żyje.
Jak to nazywa zwykły człowiek?
Nie „zjawisko”.
Nie „problem systemowy”.
Nie „przeciążenie kadrowe”.
Zwykły obywatel mówi wprost:
„To jest żerowanie na społeczeństwie.”
„To jest nadużycie.”
„To jest nieetyczne.”
I trudno się z nim nie zgodzić.
Czas nazwać rzeczy po imieniu
Zarobki rzędu 50 000–200 000 zł w państwowych placówkach to nie są normalne wynagrodzenia.
To jest skutek braku kontroli, braku limitów i braku nadzoru.
Jeżeli pobiera się gigantyczne pieniądze z publicznych środków, a potem jeszcze robi interesy prywatne na tym samym sprzęcie, to nie jest to „ciężka praca”.
To jest nadużycie systemu i etyki zawodowej.

